Logowanie



Home
Zielone Świątki na Bielanach PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Adam Kowalik   

Kontynuujemy publikację wybranych fragmentów książki Feliksa Sobóla, Moje wspominki. Liszki - Schlesische Kotzendorf - Kraków, wydanej staraniem Stowarzyszenia na rzecz Ziemi Lisieckiej w roku ubiegłym.

Następne z wielkich świąt kościelnych to Zielone Świątki, kojarzące się zawsze z odpustem na Bielanach oraz z paleniem sobótek. Pogański obyczaj palenia ognia w dniu 23 czerwca, czyli w okresie przesilenia letniego, najkrótszej nocy, kościół przeniósł na najbliższe ze świąt kościelnych i tak już zostało. A przecież jeszcze Jan z Czarnolasu lokował ten obyczaj zgodnie ze staropolskim, a właściwie starosłowiańskim obyczajem w noc Kupały, czyli noc z 23 na 24 czerwca:

Gdy słońce Raka zagrzewa,

A słowik więcej nie śpiewa,

Sobótkę, jako czas niesie,

Zapalono w Czarnym Lesie.

Ale wróćmy do bielańskiego, zielonoświątkowego odpustu. Zabawy i odpusty były w czasach przedwojennych ważnymi momentami dla wiejskiej społeczności. Te drugie szczególnie dla dzieci, chociaż i starsi mieli niezłą rozrywkę - a to strzelanie do figur, a to próba siły, pchanie armatek itp. Na takie uroczystości wybierano się całymi rodzinami, furmanką, a gdy kogoś nie było stać, na piechotę.



Najczęściej jeździło się (lub chodziło) na Bielany. Odpust u ojców kamedułów odbywał się w Zielone Święta, a więc najczęściej w maju, w drugiej jego połowie, w momencie największego rozwoju przyrody. Odpust trwał przez dwa dni i gromadził ogromne ilości ludzi. Od Krakowa do Bielan kursowały Wisłą statki. Tysiące mieszczuchów wybierały się na tzw. majówkę, z furażem, piciem, jakimś instrumentem muzycznym, no i kocykiem do leżenia. Bo dopóki ziemia nie była ogrzmiana, tzn. nie przeszła jeszcze silna burza z piorunami, nie należało siadać bezpośrednio na trawie. Tysiące dziadów obsiadały obrzeża drogi prowadzącej do klasztoru, dziadów z potwornie zniekształconymi kończynami, ślepych, kulawych? Na takie znaczące odpusty jak bielański ściągały dziady z całej Polski. Ta w zasadzie religijna uroczystość miała jednak bardzo świecki, rozrywkowy charakter. Zresztą te tłumy, które przybywały na odpust, nie zmieściłyby się ani w kościele, ani na dziedzińcu. [...]

Było to chyba w 1934 roku. Z cała rodziną wybraliśmy się na Bielany, i wujek Kazek, i kuzyn Staszek (wtedy już po wojsku). Kiedy już dzieci zostały zaspokojone, a to kołaczami, a to wymyślnymi cukierkami, pozawieszały na szyi wypiekane z ciasta i ustrojone bibułkami różańce, także starsi postanowili poszukać dla siebie rozrywki. A chodziło o chęć pokazania swojej krzepy. Wujek Kazek zaczął od armatki, którą pchało się po parabolicznym torze. W zależności od siły pchnięcia armatka strzelała lub nie. Po każdym wystrzale zakładano na koniec lufy nowy nabój. I oto wujek Kazek, który miał krzepę w dłoni nie byle jaką, wali kolejno trzy razy armatką do celu, a wystrzału nie ma. Zdenerwowany pchnął za czwartym razem tak mocno, że armatka rozwaliła tarczę, a wybuch nie nastąpił. Stało się tak przypuszczalnie dlatego, że właściciel tego urządzenia oszukiwał, zakładał naboje takie, które nie strzelały, nie wybuchały. Ale wtedy wujek wnerwił się, rozwalił całą konstrukcję i zabrał się za właściciela. Był zresztą na lekkiej bańce i nikt nie mógł go powstrzymać. Zrobiło się zbiegowisko, ktoś wezwał policję, no i wujo został zamknięty za rozwalenie urządzenia i za dość poważne uszkodzenie ciała właściciela. Ojciec interweniował. Miał znajomych w policji, ale trzeba było spisać protokół, zbadać zarzuty, tak że sprawa przeciągnęła się do późnych godzin wieczornych. [...]

Fragment pochodzi ze stron: 32-33.


 

 


Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: hosting reseller yearly cheap hosting services Valid XHTML and CSS.